czwartek, 19 kwietnia 2012

Crazy Clown Time Time Time Time




Pewnego dnia obudziłem się i stwierdziłem, że czas wyruszyć w podróż. Jakie to banalne, prawda? Przereklamowane, wymacane i obmacane, ale ja naprawdę wyruszyłem w podróż i to taką… magiczną! Na ramię założyłem czarną torbę, zakupioną u ruskich, a może wietnamców, w każdym razie wyprodukowaną w Chinach. A w niej, nie do wiary czary mary, miałem książkę Stasiuka – Dojczland. A obok spoczywała kanapka. Zeszyt ze Schrekiem, również znalazł tam dla siebie miejsce i kartki, i długopisy, i ulotki, i dwie chusteczki z Flinstonami, i dwa kasztany. No, z takim zaopatrzeniem mogłem wyruszyć w nieznane.  Tylko gdzie, tylko jak, tylko gdzie?
Opuszczam dom i widzę, że mgła połknęła cały świat, a przede wszystkim moją ulicę, dzielnicę, osiedle składającą się z pięciu ulic. Idę. W tym rozlanym mleku dostrzegam przed sobą coś, a te coś, to neonowa lampa. Świeci, błyska, miga na różowo. Zbliżam się do niej i widzę, że pisze się napis, że jest napisane WELCOME TO oraz CRAZY CLOWN TIME.
No to idę. No to słucham, bo tam, za tym neonowym napisem, dobiegają mnie dźwięki melodii i szeptów. Szeptów? Pojękiwań? Stęknięć? Marudzeń? Po prostu męski głos, starszego pana, rocznik czterdzieści i coś, jakiegoś ekscentryka, dziwaka, bawiącego się w sektę, nazwanego przez kogoś „papieżem filmowego postmodernizmu”.
Trzydzieści kroków dalej, na plastikowej tablicy, wbitej w ziemię na plastikowym kołku, wisi mapa CRAZY CLOWN TIME. Czternaście ulic – dziura, jakich mało, a na domiar tego, znajduje się ona w brzuchu Gwiezdnego Wieloryba… kurwa, to nie ta bajka.
No to idę. Pierwsza ulica, PINKY’S DREAM. Jakieś budynki, domy, witryny. Na ścianie wisi plakat TWIN PEAKS. Na chodniku stoi Karen O i śpiewa. Ma zamknięte oczy, w dłoni trzyma nóż, ściskając ostrze. Po ręce spływa krew. A ona śpiewa i tańczy, a ja patrzę na ulicę i widzę… ślady. Ktoś wszedł w kałuże krwi i ruszył przed siebie, zostawiając ślady swoich stóp, gołych stóp, za którymi podążam. Nowa ulica, GOOD DAY TODAY, śpiewa mi „good day today – dobrego dnia”. Z boku stoi mężczyzna w kapeluszu i mówi, „Dzień dobry, nazywam się John Merrick i jest mi bardzo, bardzo miło Panie poznać”. Przed nim klęczą roznegliżowane diwy, przybrane w pończochy i czerwone podwiązki. Pożądają go – udają - a on zaczyna się bać… Zerkam na nich i idę dalej przed siebie.
SO GLAD, kolejna droga. Dostrzegam na niej zakład pogrzebowy, przed którym znajduje się tłum ludzi, mający na swych koszulkach tekst, Poza życiem i śmiercią.  I oni śpiewają, kiwając się lekko na boki, tak jak kolędnicy śpiewający Cichą noc. „Free (free) please don't come back. So glad you're gone. I'm so glad you're gone”. Dziwne, „Wolny, proszę nie wracaj. Jestem szczęśliwy, że ciebie nie ma.  Cieszę się, że odszedłeś”.
Ślady. Pamiętaj o śladach! NOAH’S ARK. Nic ciekawego, tylko jakiś napis na witrynie sklepowej, stworzony z krwi. Człowiek za szybą. A za szybą on, Człowiek Słoń. Tańczy. I pije. „On this dark, dark, dark, dark, dark night”. Powtarzając, „W tą ciemną, ciemną, ciemną, ciemną, ciemną noc”.
FOOTBALL GAME, a zaraz za nią I KNOW. I tam jest ona, Sandy. Znajduje się koło latarni. Patrzy na mnie, jak śladem śladów kroczę. „I don't know if you're a detective or a pervert” rzecze, „Nie wiem, czy jesteś detektywem czy zboczeńcem”, śpiewająco ku mnie, a głos Davida odpowiada – „loud girl, please stop to sing” – „głośna dziewczyno, proszę przestań śpiewać”.
STRANGE AND UNPRODUCTIVE THINKING – słyszę jakiś monolog w tle. Idę dalej. THE NIGHT BELL WITH LIGHTING – zwalniam. Tętno uspokajam, wsłuchując się w metafizyczne jęki, znaczy dźwięki, kojące dusze i ciało. Kolejny napis, tym razem widnieje on na masce samochodu, Przejażdżka z umarłą. Za kierownicą siedzi dumny trup. Nieboszczyk, znaczy nieboszczka, bo to kobieta. Uśmiecha się jej zgniła twarz, usta otwarte, tak jakby chciała wykrzyknąć - promocja!
STONE’S GONE UP – hipnotyzuje. Piękna ulica, latarniana, zapełniona latarniami. A no około latarni, tańczą grupki małych dzieci, trzymając się za dłonie. Podskakują i chichoczą, a wokół jednego słupa świetlnego tańczą małe misie, maskotki, które tak samo, jak ich właściciele, radują się. Słyszę z oddali dźwięki syren policyjnych, zbliżają się, a miśki wykrzykują: „Baby wants to fuck Blue Velvet!”. „Pierdolić niebieski aksamit”
CRAZY CLOWN TIME, główna ulica miasteczka CRAZY CLOWN TIME. I Molly tam jest. I Pete stoi obok niej, „Piękna Czerń”, mówiąc. I jest tam także Suzie, Kimmy, Danni i Bobby. I jak tam kolorowo – noenowo. Różowo! Dzieje się tyle i aż tyle. Jedni krzyczą, drudzy plują, trzeci… nie wiem, ale chyba wymiotują. Jakiś neon się świeci, Samotne dusze. Każdy sobie panem, każdy chce być kogoś panem. „Kolorowy clown, nazywany Piaskowym Dziadkiem” – pisze, a pod nim stoi wesoły, kolorowy clown, który powtarza swym jakże szaleńczym głosem – „Mommy loves you. Mamusia cię kocha!”
THESE ARE MY FRIENDS. A ja nadal zmierzam za śladami, widząc ich, przyjaciół. Nostalgia unosi się w górze, rozrzedzając mgłę, rozrywając ją na części pierwsze.

TiDu, budzę się, leżąc we własnym łóżku. Rozglądam się – mój pokój. Co ja… śnię? Spoglądam na telefon, przyszła wiadomość tekstowa od Daszy. „Co robisz?”, pyta mnie. Chwilę myślę, pomyślę, po czym odłożę komunikator, zamknę oczy i… medytuję, przypominając sobie słowa Davida, „Uczysz się techniki, włączasz ją w codzienną rutynę i możesz robić coraz więcej i coraz efektywniej”. Medytacja transcedentalna porywa mnie.

„Masz receptę na nasze problemy. Trzymaj ­– słyszę, opuszczając ulicę.
SPEED ROADSTER. Pewien starszy mężczyzna w garniturze rozmawia przez telefon. „Look in your window”, mówi. „Spójrz w swoje okno”. Reakcji brak. „Am I a good man? Or a bad man?”, pyta. „Jestem dobrym człowiekiem? Czy złym?” Ktoś otwiera okno i… „You're the freak! You're the monster!” Krzyczy, „Jesteś dziwolągiem! Jesteś potworem!” Głos w oddali śpiewa, „Maybe you’re happy, but I hope you’re sad”. Niewzruszony, „Może jesteś szczęśliwy, ale mam nadzieję, że jesteś smutny”.
MOVIN’ ON. Zen, czyli sztuka łapania mordercy, pisze na asfalcie. Wspaniale kojące dźwięki masują, rozmasowując moją psyche. Ona już nie istnieje, ona tylko lewituje, poszukując… kogo ona poszukuje? Mordercy? Narkotyków? Tabletek? A może miłości? „Gone…Odeszła…”
SHE RISE UP, ostatnia ulica. Widzę ślady czerwieni, Ślady donikąd, ślady stóp, znikające za drzwiami pewnego budynku. Otwieram je, przekraczam próg. Zamykają się. Czerwony Pokój. Na środku leży ona, kobieta. Naga i martwa, w folię zawinięta. „I'm seeing something that was always hidden. I'm in the middle of a mystery and it's all secret”. Mówię tym razem ja, „Widzę coś, co zawsze jest ukryte. Jestem pośrodku tajemnicy i to jest największym sekretem”.  Głos z oddali szepcze ponownie, Lynch nie daje mi spokoju, tylko zmusza do refleksji, chorej transcendencji… „She rise up. Shining like the Sun. And I knew all I can do was watch her leave. Ona powstanie. Świecić będzie niczym Słońce. Ja wiem, że wszystko co mogę zrobić, to obserwować, jak odchodzi”.

­TrrrTrrr
Dzwoni telefon, wybudzając mnie ze śpiączki.. Spoglądam na ekran, Dasza, zastanawiając się czy odebrać…
“I was all she had, for awhile”, słyszę słowa Davida. “I było wszystko co posiadała, na chwilę…” a może inaczej? Odkładam telefon, „innym razem się spotkamy” – myślę, zaczynając ponownie podróżować po CRAZY CLOWN TIME.
Podróż bez barier, po linii stworzonej z dźwięków harmonii i… Shhhhhhh.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza