sobota, 25 lutego 2012

Pieśń minionej przyszłości



Pamiętam, że była niedziela i, że zdarzyło się to kilka lat temu. Pamiętasz? Nie? To posłuchaj…

Na stację wjechał stary pociąg, szczycący się wieloletnim stażem, a co za tym idzie i doświadczeniem. Znał się na swej profesji – pomarszczona skóra, szyny oraz bandaże i plastry pokrywały jego ciało. Zatrzymał się, piszcząc przy tym ostrzegawczo, a my wsiedliśmy do niego, uciekając z brudnego, niegościnnego dworca PKP w Nowym Sączu, rozpoczynając ostatni etap podróży, do Tarnowa.
Wagon, w którym znaleźliśmy się, wypełniony był czerwonymi siedziskami, pomazanymi mazakami i flamastrami, przez ułomne osobniki, mające czelność reprezentowania homo sapiens, poprzez rysowanie penisów, wagin, cycków i napisów „chuj”, „dziwka”, „zadzwoń, zrobię ci dobrze”. Humanoidalne stwory zatroszczyły się, abyśmy mogli wraz z innymi pasażerami oddać się kontemplacji, nad ich tworami, próbując zrozumieć głębię, odkryć to drugie dno a’twórców, zdesperowanych naśladowców Warhola.
Usiedliśmy, pozostawiając zza oknem krajobraz zgnilizny, rozpadającej się kultury człowieka. To, co towarzyszyło nam przez ostatnie kilkadziesiąt godzin, za chwilę stanie się obce, zostając tylko wspomnieniem. Zwykłym złudzeniem, przechowywanym w głowach do końca naszego świata. Czas ruszyć w drogę powrotną. Jeszcze kilkadziesiąt minut temu staliśmy na ulicy w Krościenku, w deszczu i błocie, próbując złapać stopa. Zmęczeni, głodni, przemoknięci i trochę brudni, możemy w końcu usiąść wygodnie, zapominając o kłótni, niewygodnej i agresywnej wymianie zdań, jaka miała miejsce na przystani, nad jeziorem, gdzie zza gęstej mgły spoglądały na nas dwa warowne zamki, ulokowane na wierzchołkach przeciwległych gór. Głaskały nas krople deszczu, zasłaniając przy okazji nasze twarze podczas sprzeczki, na których gościła złość, gorycz, smutek i ironia, zakrapiana wilgocią. Stworzyliśmy przedstawienie.

W wagonie rozgościły się przeróżne osoby, na szczęście nie było ich wiele. Pogoda nie sprzyja wojażom, i tym małym i tym dużym. Pociąg w końcu rusza. Żegnaj stary, rozlatujący się dworcu, może kiedyś… może kiedyś jeszcze się spotkamy. Powiemy sobie witaj, aby po chwili, dodać - żegnaj. Na dworzec, dwadzieścia minut wcześniej, przywiózł nas student z Nowego Targu, który nie przestraszył się dwójki młodych ludzi, w chustkach na głowach, zielonych czy też moro spodniach, w bluzach i bundeswerze, łańcuchu zwisającym przy prawej nodze i brudnych butach.

Kładę swą głowę na jej piersiach, przegrywam ze zmęczeniem. Pociąg zatrzymuje się na jakiejś stacji. Spoglądam przez okno, pragnąc ujrzeć coś… co nie będzie mi dane zobaczyć. Widzę góry i lasy, naznaczone czerwienią i brązem wraz ze zgnilizną - to dachy, podglądające świat. Wytwory ludzkich rąk, chroniące plastikowe skarby i bogactwa.
Pamiętam, że nowi pasażerowie pojawili się wewnątrz wagonu. Powoli zamykam powieki, dostrzegając jeszcze, iż naprzeciw nas usiadła granatowa kobieta, w habicie, na nosie okulary, wiek – nieznany, starczy. Patrzy to na mnie, to na tą, na której spoczywało me ciało. Dostrzegam na jej twarzy pewne obrzydzenie, zdziwienie… zgorszenie. Faktycznie, dziewiętnastoletni chłopak i siedemnastoletnia dziewczyna, obydwoje zmęczeni, wspierający się i duchem, i ciałem. Ona jeszcze go głaskała po głowie – bo diabeł tkwi w szczegółach. A może zakonnica po prostu była zazdrosna? O dwoje nieznajomych, którzy pragnęli chwili wytchnienia, popasu – jak mawiał Tolkien. Przyznaję, potrzebowaliśmy kilku minut. Chcieliśmy je przeznaczyć na ucieczkę. Zniknąć z tego świata, do którego wracaliśmy na własne życzenie. Stworzyliśmy paradoks, którego pierwszym poruszycielem był alkohol, pod postacią piwa, wina i wódki oraz piwa, wypitego o godzinie piątej nad ranem, gdy siedziałem i obserwowałem góry uwalniające mgłę, żaglówki zakotwiczone na środku jeziora. Spoglądałem także na nią, śpiącą w śpiworze, w naszym tymczasowym łóżku.

Pociąg mknął przez tereny zielone, zamglone. Brak słońca tulił nas do snu.
Przymknąłem powieki. Nie chciałem oglądać ani pani w habicie, odmawiającej za naszą dwójkę różaniec, ani podziwiać widoku rozciągającego się za oknem, gdyż czułem się tak, jak Mario. Pociąg, to w końcu taka rura, gdzie i grzyby, i smoki, i lawa płynie strumieniami.
Leżąc tak, mych uszu dochodziły różnorodne odgłosy, począwszy od szeptów współpasażerów, przybywających podczas każdego postoju. Nie wszyscy rozmawiali, wśród nich byli i tacy, którzy czytali. Dźwięk przewracanych stron gazet, dzienników, brukowców czy książek wraz z turkoczącym pociągiem, oraz biciem serca mej towarzyszki, tworzył najwspanialszą kołysankę. Spokojną, rytmiczną, magiczną... bo ona już usnęła, podróżując po nieskończonych i ograniczonych połaciach abstrakcji, ozdobionych abstrakcyjnymi figurami, udekorowanymi abstrakcyjnymi kolorami, pomiędzy którymi przemieszczały się abstrakcyjne stworzenia. Ona spała, serce spokojnie biło, już mnie nie głaskała, a jej dłonie bezwładnie spoczywały na mym ciele. Na mnie również przyjdzie pora snu, nawet przyznać się muszę, iż pamiętam, że… nie pamiętam wszystkiego, z tych kilku chwil w pociągu. Dziury w pamięci powstały i zapomniałem, odchodząc w głąb wyimaginowanego wszechświata, gdzie spotykam ich. Wszystkich ich tam spotykam, o których istnieniu nie mam… nie miałem choćby najmniejszego pojęcia.
Czy to już koniec? – pytam sam siebie we śnie. – Chyba tak… jeszcze poczekam, poczekam kilka dni… i zdecyduję. Tak, to jest dobry pomysł. Uwolnię ją od się. To jest… to jest jeszcze lepszy pomysł. Ona się ucieszy, a ona będzie chciała mnie powstrzymać. One się nie dogadają, dialog obcy im jest, ale, nieważne, bo… Nadzieja! Widzę, jak w oddali, na zielonym wzniesieniu stoi Nadzieja. Uśmiecha się, a jej suknia powiewa na wietrze, trzepocząc wesoło. Nic nie mówi, na cóż słowa, skoro posiadamy możliwość oczarowania kogoś gestami. Postanawiam, że idę… zmierzam w jej stronę, pragnąc jej, Nadziei, na kolejne dni, słysząc przy okazji…
Słyszę pędzący po szynach pociąg, gnający prosto przed siebie, w którym znajduję się ja i, tak, nie mylę się, cała ta polana również umiejscowiona jest wewnątrz wagonu. Piękno zamknięte w materialnej przestrzeni, czy istnieje, czy jest ograniczone? Nie wiem, nie ważne, gdyż ja wspinam się na wzgórze, na którym jest ona, Nadzieja, chwiejąc się na boki, próbując utrzymać równowagę, gdy wtem… upadam. Jęki hamulców przywołują mnie do porządku, sprowadzając mnie na ziemię-podłogę.

- Obudź się – rzekła, swym jakże spokojnym głosem, ponownie głaskając mnie po głowie. Otwieram oczy, a ona kontynuuje. – Obudź się, już jesteśmy.
Siadam, spoglądając to na nią, to za okno, to znowu na przedział w którym się znajdujemy, a przy okazji rozciągam się skrycie. Wstajemy, zabierając czarną torbę oraz plecak, wychodząc z wagonu na dworzec w Nowym Sączu. Uśmiechamy się do siebie.
- To co, idziemy? – pyta mnie.
- Oczywiście – odpowiadam, ruszając wraz z nią przed siebie, dodając. – Miałem dziwny sen… ale to był tylko sen…
Dziś, po kilku latach już wiem, iż to nie był tylko sen lecz pieśń przyszłości, o szczęśliwym rozstaniu.
I pamiętam, że później była piękna sobota i jeszcze piękniejszy piątek, gdy…

środa, 28 grudnia 2011

Dasza




Siedzimy.
Ja i ona.
Ona ma na imię Dasza. Dziewiętnaście lat. Oczy niebieskie, włosy płomienne, proste. Ładne. Powtarzam ładne! Słyszysz Ty mnie! Tak do Ciebie mówię! Ładne! Pamiętaj! Przyodziana jest w tęczową bluzeczkę z Krakowa, spodnie dżinsowe. I uśmiech - taki nagi, taki szalony. Szaleńczy.
Siedzimy, racząc się małym co-nie-co, zamkniętym w zielonej butelce. Powoli, czas nam płynie nieśpiesznie, podczas rozmów na przeróżne tematy. Dygresje gonią się z dygresjami, śmiechy ze śmiechami.
Za nami, gdzieś w oddali, szybują popielate szybowce, kolorowe latawce. Samolot wyjeżdża z hangaru, kierując się na ogromną polanę, która pełni rolę pasa startowego w naszym mieście. Dmuchawce, stokrotki, a gdzie niegdzie czerwone maki, kołyszą się do dźwięków wiatru. Z boku dolatują do nas odgłosy ludzi.
Wtem dzieje się coś niesamowitego… cała dyskusja pomiędzy mną a Daszą, ulega załamaniu. Słowa się kolebią, próbując złapać równowagę, krocząc po linie życia, zawieszonej nad przepaścią. Bawią się w Petita, igrając z losem i prawem ludzkim, objawiającym się pod postacią umundurowanych policjantów. Te wyrazy tańczą, podskakują, siadają i obserwują, jak człowiek walczy z człowiekiem. Marzenie z marzeniem.
Ona coś mówi, śmiejąc się co drugie, czy też trzecie słowo. Ja natomiast plotę, słuchając ją z uśmiechem na twarzy. Po cichu, tak po kryjomu zrywam rosnącą pomiędzy trawami,  stokrotkę. Taką o białawo-różowych płatkach, i złocistym wnętrzu. Co jakiś czas spoglądam na swą towarzyszkę, aby przypadkiem nie spostrzegła, że coś tam kombinuję, działając przed nią w konspiracji.
Z małego kwiata, przy pomocy zielonej łodygi, od której odstaje jeden drobny listek, tworzę pierścień. Taki magiczny. Taki wyjątkowy. Taki szatańsk…i, no właśnie taki! Ona wciąż mówi, i mówi. Nieświadomie, staje się częścią mojego planu, zyskując dla mnie czas, potrzebny na tworzenie. W naturze rzeźbienie.
Słońce powoli chyli się ku zachodowi, gdy ja wariuję i robię to… to coś jest głupie, ale moje. Czynię, wyczyniam, uśmiecham, raduję, przerywam, milknie, spogląda, dziwuje, śmieje, klękam (przed nią), poważna (się staje), mówię, gubię (słowa i się).
- Kochana Daszo… – rzekłem na sam pierw, powstrzymując wybuch relaksującego śmiechu. – Kochano Daszo, czy Ty… tak Ty… wyjdziesz za mnie? – pytam, spoglądając w jej źrenice, tak głęboko, tak dosadnie.
Ona się rumieni. Jej lica różem się okrywają. Powieki zamyka raz, drugi, trzeci, patrząc się na mnie. Czekam, wariując na odpowiedź. Minęło zaledwie pięć sekund zanim odpowiedziała.
- Och… tak! Oczywiście! – odparła, podając mi swą dłoń, na którą ja wsuwam pierścionek zaręczynowy, lśniący bursztynem kwiatowym. Gdy ja pochłonięty, delikatnie trzymam jej dłoń, wkładając na jeden z palców biżuterię Made In Nature, samolot tuż za nami odrywa się od podłoża. Startuje, obwieścić światu o rzeczy, jaka miała czelność się wydarzyć. Świadkowie w postaci motyli, mrówek i świerszczy, potwierdzą. Nikt tej prawdzie nie zaprzeczy.
Obydwoje szczęśliwi, powstaliśmy, spoglądając sobie w oczy, aby zraz po tym na jk dnk, ccac.c.c, ackcdc..c….l… aua!...

No i literki się pogubiły, rozsypując się wokoło, ponieważ Autor nie wytrzymał tegoż napięcia, i z krzesła spadł. Śmiejąc się z Daszy i się. Się samego się wie.


poniedziałek, 5 grudnia 2011

Król żyje



Król żyje.
Żyje!
Zakrzycz jeszcze raz, jeszcze głośniej niż poprzednio.
Król żyje!
Wrzeszcz na cały świat, niech usłyszy cię skrzat, elf, półbóg. Krzycz, krzycz, krzycz!
Zamknij się! - odpowiedz tym, którzy chcą abyś milczał, swe emocje i uczucia zagłuszał.
Daj im żyć, uwolnić się z węzłów i kajdan.
Nie bądź głupi, nieczuły na świat.
Król żyje!
Uwierz - już dziś, już czas.
Nie ma na co czekać, zwlekanie nic nam nie da.
Kraj musi w końcu zaakceptować prawdę, zaakceptować marzenia. 
Miłości tańczące na taborecie.Słodkości zakazane - zaakceptujcie je, bo...
Król żyje!
Żyje Król!
A ja?
Ja żyję.
Jestem cieniem Króla, tylko...

Ej, ludzie! gdzie jest światło?

czwartek, 1 grudnia 2011

Bo to sen o Tancerce z Gimnazjum




Siedzimy w kościele.
Ruinie będącej swego czasu odzwierciedleniem bogactwa wiary i Jezusa Chrystusa – tego sztucznego, w złotej koronie cierniowej, zabrudzonej purpurą, z osadzonymi gwoźdźmi i szatą szkarłatną Made in China – którego godłem jest moneta, flagą banknot, a hymnem lament o pieniądze.

Pragnę Boga i Syna, i Ducha Świętego z Pisma. Pragnę wiary i nadziei, i spełnienia.

Siedzimy w kościele, w jednej z ław ociosanej z ciemnego drewna. Spoglądają na nas figury bez oczu, uśmiechają się postaci bez głów, dłonie wyciągają ci, co nie posiadają ramion. Pełna cisza i skupienie, melancholia i westchnienie. Witraże porozbijane. Kolorowe szkło ozdabia podłoże, posadzkę marmurową, zabrudzoną kurzem, roślinnością, odłamkami słonecznych obrazów i szklanych butelek po wódce, piwie czy winie. Dostrzec także można puszki po konserwach, skarpety, buty i zużyte prezerwatywy. Brak szacunku dla zmarłych. Nad ołtarzem wisi krzyż. Drewniany symbol odkupienia i śmierci męczenników na całym globie. Do niego przybity jest Syn. Oczy przymknięte, głowę opuścił, gdy żywot ulotnił się z ciała. Przykurzona postać zamarła w bezruchu dwa tysiące lat temu i trwa, tak po dziś, czekając na choćby jeden gest dziękuję, którego człowiek odmówił mu wraz z narodzeniem grzechu i słów, tworzących złudzenie pustego cierpienia.
Z prawej strony przy ścianie, znajduje się konfesjonał – zamknięty. Ktoś w nim jest, ktoś w nim siedzi i czeka, odliczając ostatnie minuty do Śmierci, która przyjdzie wraz z męczącą agonią i nędzą, odbierając mu poczucie smaku i głodu, zabijając w nim ostatnie obłoki wiary i nadziej - w ludzi. Zwątpił - w ludzi. Z ciemnego wnętrza, można jedynie dostrzec biel oczu, roztrzęsione czarne plamki – strach – utkwiony i zatrzymany na wieki - ten ostatni i ten pierwszy. Podchodzi do konfesjonału kobieta młoda. Czarne włosy, czarna koszula, czarna spódnica, czarne rajstopy, czarne buty na obcasie – wszystko czarne – jej myśli także okryte zasłoną ciemności. Klęka z prawej strony, ostrożnie ukrywając twarz w dłoniach i zaczynając wygłaszać szeptem słowa – najczystszą spowiedź. Z ust poplamionych czernią wylatują zdania złożone, a z każdym z nich, z oczu wypływa kropla deszczu. Spływa po licu, pozostawiając po sobie czarny ślad, wykwintnie rozmazując precyzyjnie stworzoną iluzję - przy lustrze.
Drży.
Kobieta zaczyna drgać, a w jej oczach pojawia się strach, lecz nawet on nie posiada, aż tak potężnej mocy, aby zmusić ją do zaprzestania spowiedzi. Słowa sprawiają, iż staje się czystsza, wolniejsza. Czarne buty spadają ze stóp, a wraz za nimi jej ciało opuszczają rajstopy, sukienka, bielizna, koszula, biustonosz i znika makijaż.
Klęczy naga, zasłaniając twarz dłońmi.  
Kończy ostatnie zdanie, widać kropkę. Unosi się.
Spada.

Dłonie opadają w dół, twarz zostaje odsłonięta, ujawniona z pod włosów. Błękitne źrenice, mały nos, lica lekko zaokrąglone i zarumienione, usta purpurowe w smutku zamknięte. Szyja osłonięta szalem włosów, piersi lekko falujące, brzuch dopasowany do talii, łono skryte za udami na które opadają ramiona, nogi zgięte w kolanach.
Zamyka powieki – po raz ostatni. Stopy stają się polaną, z którego wyrasta bordowe kwiecie – kielichy różane. Także i z nóg, i ud, i pośladków, i z brzucha, i pleców, i piersi, i ramion i na twarzy się pojawiają, oplatając ciało zastygnięte. Kobieta zasnęła otulona płatkami, zasnęła czysta, jak kwiat, porastający Krainę Orchidei. Nie cierpi, pozostała piękna, zatrzymała w sobie bezmiar oceanu ciszy i harmonii, na dni, lata, wieki, eony.
Kościół zrujnowany został udekorowany kwieciem kobiecym, aż do jej śmierci.

Do konfesjonału podchodzę ja, ostrożnie stawiając stopy, aby nie zdeptać jej i jej piękna. Klękam, przybliżam swoją twarz do kratki, zapatrując się w ciemne wnętrze. Ubrany jestem na czerń.
- Niech… - mówię.
- Na… - odpowiada.
- Ostatni… - ciągnę. – Moje… Przepraszam… Proszę…
- Boli? – pyta.
- Zależy - bezmyślna odpowiedź.
- Od…?
- E mnie.
- Żałujesz?
- Zależy.
- Od…?
- E mnie.
- I?
- Ciebie.
- I?
- Boli.
- Choroba? Głowa? Noga? Wątroba? Oko? Ręka? Kręgosłup? Czy…
- Tak – potwierdzam.
- Ona zawsze boli – pociesza.
- Bo to Ona.
- I?
- Co mnie boli?
- Tak.
- Zgaduj.
- Ja?
- Zgaduj dalej i dalej, jedź, i strzelaj, walcz, nie poddawaj się, dasz radę, i znajdziesz w końcu poprawną odpowiedź, ulokowaną za jednym z krzaków marzeń i snów, uplecionych przy pomocy szczypiec i grubych rękawiczek, osadzonych na zgrzybiałych łapach komunisty, czerwonego stalinisty, wyznającego Lenina w imię Ojca i Ducha.
- I ludzie?
- I iluzje
- Ludzie… - szepcze.
- Spójrz na nich wszystkich, modlących się, zatapiających się w słowach litanii, Ojcze Nasz, Zdrowaśkach i myślach o pięknych Kobietach i Mężczyznach,  spojrzałeś? Tylko dokładnie.
- Tak. Dokładnie.
- Rzuć w nich okiem, użyj go niczym… niech leci, bada i odkrywa człowiecze zmysły, ukryte w umysłowych kątach. Patrz patrz, patrzę tam na prawo. Patrz, gap się, powiedziałem!
- Rozkazałeś… - ponownie szepcze.
- A ty usłuchałeś, bo chciałeś.
- Bo chciałem, uschnąłem… - mruczy niewyraźnie.
- Oto ich, oto ma rzeczywistość wesoła, kolorowa. Pomalowana przez trzyletnie dziecko - na czarno, z domieszką czarnego, poprawione na czarno, aby czarny królował, znaczy dominował i zdominował cały system białości, i bladości. Maluje, zamalowuje cały świat, Polska kwitnie czarno-czarno-czarno-czarno-czarna. Kwitnij piękna i jedwabna.
- A Gwiazda ją muska.
- Pieści i podnieca.
- A rano?
- A rano budzik budzikowy z krainy budzikowego landu budzi mnie, wyrywając ze snu płytkiego, w którym spotkałem… taką jedną nieznajomą. Nie znałem, a nawet wciąż nie znam. Uroiłem ją sobie po raz pierwszy i ostatni, więcej już jej nie spotkam.
- Nie chcesz?
- Nie.
- Skrzywdziłeś ją.
- Nie, One zawsze odchodzą, czy we śnie, czy na jawie One… One uciekają, odchodzą gdzieś, tam, zapewne w dal, aby żyć i czerpać ze studni wyzysku - pchły.
- Nie zawsze, One także zostają.
- One zostają?
- Trzeba wierzyć…
- Trzeba wierzyć – wtrąciłem – że niewiara daje siłę, a One może i pozostają…
- Nie we śnie.
- Przecież znasz te mechanizmy, te dyskoteki, te zabawy, gdzie tańcują w płynach alkoholowych okrąglutkie tableteczki-gwałcicielki, i tam się rozpuszczają, i tam macą zmącone umysły, zagłuszając w nich sumienia, i inne głosy, rządząc się w naszych nas.
- O czym ty pleciesz?
- Zabijają wszystkie morale, zapytaj Pana Mirosława on potwierdzi. Zawołaj go z Lasu Mgieł, on czeka na ławeczce zrobionej z przydrożnych Krzyży, gdzie kiedyś przyjedzie Autobus PeKaeS, stary i nieśmiertelny Jelcz, i zabierze go do domu, w Beskid.
- Zabierze.
- A na razie zatwierdzi dane i dane myśli prześle, ulokuje na niebywale ciekawskich, i waszych kontach, założonych na teraz i tu, i tak. Taka moda, a ja nie mam.
- Czego… ? – powracają pytania.
- Tego.
- Ja też.
- Jest nas dwóch.
- Para.
- Ale ja wiele mam.
- Ja też.
- Ale jeszcze takich wielu nie mam, lecz kiedyś może będę mieć, i te miłości, i te sarkastyczne nicości, i te idee bytności, pochłonięte w morzu atomowych literaków i te, kiedyś może będę miał.
- A Ona?
- Mówiłem o niej, znaczy tej, która była ale odeszła i pozostawiła wspomnienia. Teraz je wydrukuję i zabukuję, gdyż były piękne i niecodzienne. Była Ona.
- Tak, Ona.
- Ta pani, jestem pewny. Naprawdę, widziałem ją, tak się zalotnie uśmiechała, kokietowała mnie sprytna sprytnie. Staliśmy w ciemnym pomieszczeniu. Zauważ.
- Zauważam.
- Krótka spódniczka, bluzka z dekoltem szalonym, w którym, tak skakały dwie piersi, że dech tej pani był zakłócony. Oddychała ciężej, piękniej, ciekawiej. Ja wraz z nią, przystosowałem się, nie chciałem, aby dama się tak sama męczyła w tym całym rytuale. Rytuale godowym współczesnej młodzieży.
- Gody?
- Godowym, oczywiście w nowoczesnym znaczeniu, gdyż każdy z młodych chce zaspokoić potrzeby zwierzęce i zapomnieć o tym, co było, było i było. Takie plany, pojęczeć postękać zaczerwienić się na twarzy, krzyknąć i gody zakończone machinalnie, taka Syzyfowa praca współczesnej młodzieży. Chyba nikt im nie wspomniał o tym, że to uczucia przede wszystkim spełniają potrzeby w sposób dostateczny i wyczerpany, z domieszką materialistycznego bycia wewnętrznego, i zewnętrznego, a nie fizyczno-naglistyczno-jęczyczne dodatki chwilowej ekstazy.
- Ekstazy.
- Taniec jednak trwał, tańczyła.
- Tańczyła?
- Tańczyło ciało. Nogi lśniły, świeżo zostały ogolone nową maszynką ojca z marketu, sklepu osiedlowego czy innego PeeRLowskiego skansenu. Spódniczka, jak mówiłem krótka, czarna, do tyłka dobrze dopasowana, przylepiona jakby specjalnie, aby podkreślić, wykreślić kontury pośladka A i Be – bez cellulitu. Ćwiczyła zapewne w domu przed wyjściem na disco. Pociła się specjalnie, aby i pupcia, i brzuszek, i nóżka, i cycek, i szyjka, i policzek, aby one wszystkie przylegały, nie odginały się w płaszczyźnie – tylko tak trwały. Brzuszki, pajacyki, pompki robiła każdego wieczoru, wyciskała z siebie siódme i ósme, i wszystkie poty, przelewała się, zatapiała swój pokój w morzu potu, tworząc sztuczne, słone jezioro, w którym żyją różne bakterie, zaraźliwe cholery, febry, różyczki i inne ospy. Tak ćwiczyła w domu, chyba że, to ta z tych bogatszych, gdzie tatuś ma, tatuś da, tatuś, tatuś, tatuś rozpieści, a córeczka za wzorem wzorowego przedsiębiorcy, mającego swą firmę DODO, taka oryginalna nazwa, jaka pozostawała wolna przez długie lata, również ma i da. Dadadadadada.
- Lalalalalalalala.
- Uuum. Taka dyskoteka, takie disco, taka muzyka.
- Muzyka jeszcze istnieje?
- Tak, na zakurzonych kasetach i płytach.
- O nie… - ponowne szepnięcie.
- Ale.
- Ale?
- Ale bluzeczka, jeszcze była bluzeczka na szeleczkach. Taka sama, taka czarna, przylegająca przytulająca do swej bawełnianej formy, uplecionej przez roboczych Azjatów. Ten materiał, taki oplątujący ciasno, mocno opinający jej dwie piersi. Widzę, obserwuję, przyznaję, jak się ruszają, poruszają na terenie ścisku, uścisku, przemocy, ja bym je uwolnił. Podarował im wolność, byłbym ich bohaterem, takim prywatnym supermanem. W końcu z tego co widzę, one krzyczą, z tego co słyszę, one cierpią. Jakie one biedne, gwałtem wzięte w kleszcze, a ja bym im, ale gwałtem, zaproponował inną alternatywę.
- Gwałt.
- Samo?
- W parze.
- Raźniej.
- Zawsze.
- … niczym. Niczym, niczym, niczym.
- I Ona.
- Ona. Ona musi być, bo jakże tak mogło jej nie być, tej która zawsze jest.
- Aby zniknąć.
- Dokładnie, Ona zawsze jest pod różnoraką postacią nimfy, anioła. Ona to Ona, niczym powietrze otula, otacza mnie, lecz pamiętaj, nigdy mnie nie przytłacza, nie jest w stanie tego uczynić, a nawet gdyby podjęła takową próbę, to ja, nie czułbym się źle. Wiesz co, zaakceptowałbym to, brał to, cieszył się to i wszystko to, byłoby właśnie to, czego ja tak naprawdę pragnę i pożądam, jak właśnie to, nieopisane przytłoczenie mej persony, przez jej cielesną powłokę, rażącą rozkoszą emocjonalną.
- I tak cię nikt nie słucha – rzecze.
- A ty?
- Improwizuję.
- Brawo.
- Tak?
- Za fachy i talenta.
- Podziękuj szarym ludzikom społeczeństwa.
- Dziękuję wam, szarym ludzikom społeczeństwa, za trud włożony w naukę, Powiernika, za waszą nudę i otwartość, na własną zamkniętą kulturę.
- A ta kultura tylko puk puk puuuk.
- Aaa.
- Tak. Mów. Słu. Pro – monosylabiczny ciąg wybrzmiał.
- Bo ta tancerka, to lśniła czekoladowo-kremowo. No, ale nieważne, w końcu po hipnotyzujących nogach, tyłku, brzuszku, piersiach, szyi prześlizgnąłem się na twarz, potykając się o usta. Wywróciłem się. Myślałem, że krwawię, a to szminka, taka krwista ozdabiała jej wargi. Prezentowała się dobrze, wyśmienicie, smakowicie, tak na raz, na chrupnięcie, wyplucie i zadowolenie. Tańczy, wygina ciałem na boczki, powtarzając mi magiczne zaklęcia „oootttooo jjjaaa” śpiewają mi jej nogi, „jjjaaa” drugą zwrotkę ciągnie brzuch, aby na koniec usłyszeć „jjjaaa ooohhh jjjjaaa ooohhh” chór złożony z pośladków i piersi. Ale gra, ale śpiewa, ale wrzeszczy, ale kusi, ale to wszystko się pięknie układa. Jej ciało to orkiestra, chór złożony z najlepszych i najbardziej pojętnych części ciała.
- Pojęte.
- Przejęte.
- Bo?
- Ona w tym momencie, gdy tak tańczy, zaczyna się rozbierać, bluzkę ściągać i… nagle słyszę dzwonek, światła się zapalają i stoją na korytarzu w szkole, na około pełno drzwi prowadzących gdzieś, a te gdzieś, to po prostu sale dla motłochu. A ona tak przede mną bez bluzki, z tymi świecącymi, małymi, jak się okazało piersiami stoi i patrzą się one, na mnie, te sutki. Ja się gapię na twarz, na piersi, na drzwi, które gdy dzwonek szkolny milknie, zaczynają się otwierać, a z nich wypełzają tłumy dzieciaków z plecakami. Tancerka zaczyna ściągać już spódniczkę, aż tu podchodzi do niej jakaś starsza kobieta, w okularach, chyba nauczycielka. Rozumiesz, ona już miała pozwolić działać grawitacji, aby ta zdarła z niej jakieś tam chiński odzienie, a tu, taka podchodzi i do niej mówi, swym jakże profesorskim tonem, chociaż ma zaledwie licencjat z polskiego. „Doroto z drugiej A Gimnazjum Jedenaście, koniec kurwienia na dziś”.
- Dorota.
- Gimnazjum.
- Na dziś.
- Gimnazjum, myślę, że jak, że gdzie, że jak gimnazjalistka może mieć takie ciało, ciało kuszące, gorące, wzbudzające we mnie stoicki spokój. Ona jednak nie słucha i mówi  „Jeszcze tylko raz i idę na lekcję”. Belfer spojrzał na mnie, na moje wielkie oczy, otwarte usta i szok na twarzy wymalowany i „A może ja się nim zajmę?” pyta, stwierdza, sam nie wiem, co ma na myśli. „Nie, nie trzeba, poradzę sobie” „Ale to już ostatni raz, pamiętaj” „Dobrze” i grawitacja obdziera ją ze spódniczki.
- Koniec?
- Koniec.
- A ciało?
- Nagie.
- Tak stało?
- Stało wszystko i się zatrzymało.
- Stop.
- Jestem zboczony?
- Ty nie, tylko ja.
- Bo wiesz, to nie do końca był sen. To się zdarzyło naprawdę. Prawdą się stało i się objawiło, i wybuchło. Pufff.
- Paffff.
- Pawww.

Zwymiotował snem, a z jego ust wypłynęło całe gimnazjum i drzwi, i ściany, i podłoga, i nauczycielka, i dzieciaki, i rozćwiartowana ponętnie nieletnia tancerka. Kwiaty rozwijające się przy konfesjonale zostały zalane, utopione. Odbebrano im dech i byt, przy pomocy nie strawionych kości i odzieży z Galerii.

piątek, 23 września 2011

Wybór

- Czy gdyby pozwolono ci wybrać jedną z dwóch dróg, gdzie każda z nich wiodłaby do całkowicie różnych od siebie celów, stworzona byłaby z dwóch odmiennych struktur, niosąc ze sobą różne konsekwencje, wybrałbyś:

Tak chcę się urodzić

czy raczej,

Nie, nie chcę się urodzić

Pamiętaj, możesz wybrać tylko jedną z dróg. Raz podjętej decyzji nikt nie jest w stanie cofnąć, tak więc wybieraj mądrze. Weź pod uwagę wszystkie zależności, a także mniej istotne fakty, które sprawiają, że wahasz się podjąć jakąkolwiek decyzję.
- Co się stanie, jeśli wybiorę… nienarodzenie? – zapytał Mężczyzna, a raczej jego głos, chwilę po tym, jak została mu przedstawiona propozycja przez Kobietę - przez jej głos. Obydwa dźwięki zawieszone zostały w pustce.  Nie posiadały ciał. Istniała tylko fonia, rozchodząca się po ogromnych połaciach Nicości, w której migotały galaktyki. Jedna obok drugiej, tworząc niezwykłe złudzenie. Tworząc pustkę posiadającą cel, znajdujący się na nieskończonych punktach przestrzeni, pozbawionej czasu.
- Przekonasz się, jeśli zdecydujesz się podążyć tą właśnie ścieżką. Zapewne będziesz miał okazję na odkrycie - bycie. 
- A co się stanie, jeśli wybiorę… narodzenie?
- Nikt tego nie wie. Dróg jest tyle, ile myśli znajduje się w żywym organizmie. Każda jedna myśl, nawet ta najmniejsza potrafi zatrząść światem niejednego oraz niejednej. Wszystko zależy od odwagi i rozwagi. Tchórzostwo nie popłaca, nie myl go z rozwagą, gdyż zginiesz, zanim zaczniesz żyć pełnią życia, podążając do celów znajdujących się we mgle, czy też po drugiej stronie życia, po drugiej stronie cienkiego szkła - odgradzającego ci drogę od szczęścia.
- Gdzie w takim razie zaznam większego… szczęścia? Która droga bardziej służy… jego odkrywaniu?
- Chcesz odkrywać szczęście? Uważasz, że to jest możliwe?
Obydwa głosy tańczyły. Poruszały się wokół tysiąca galaktyk, gdzie każda z nich żyła własnym rytmem; gdzie w każdej Gwiazda wybijała poszczególną sekundę życia według własnych wzorców, zależności i pragnień.
- Szczęścia się nie odkrywa, to ono znajduje dla siebie stworzenie, któremu odda się z własnej woli, wywołując radość na twarzy swego pana. Nie próbuj go szukać, samo przyjdzie. Prawda, istnieje wiele dróg, miliardy dróg prowadzących do złudnego szczęścia, które wyprodukowane zostało przez człowieka, w ogromnych fabrykach, powstałych, aby przyspieszyć samozniszczenie żywych organizmów.
- To w takim razie, którą drogę powinienem wybrać?
- To zależy gdzie pragniesz podążać.
- Pragnę? – zdziwił się.
- Wszyscy czegoś pragniemy. Niektórzy Słońca, inni miłości, są również i tacy, którzy uparcie dążą donikąd, powtarzając sobie w myślach, iż wybrana droga zawiedzie ich na kres świata… na kres poszukiwań.
- Ty również pragniesz?
- Ja… - Kobiety głos zadrżał.
- Pragniesz? – ponowił pytanie.
- Ja muszę… pragnąć. Nie mam wyboru. Wszyscy pragną, pożądają…
- Czego w takim razie ty pożądasz? Którą wybrałabyś drogę, jakbyś to ty stanęła przed takim wyborem?
- Ja nie miałam wyboru.
- Nie miałaś?
- Nie… Ja go daję, lecz tylko nielicznym. Raz na sto lat, ludzkich lat, wybieram jedną osobę żyjąca na Ziemi i pytam… zadaję pytanie, czy chce się urodzić, czy raczej wybiera drogę wiodącą w przeciwną stronę.
- Kim ty w takim razie… jesteś?
- Łatwiej byłoby spytać, kim nie jestem…
- W takim razie…
- Podejmij decyzję! – przerwała, podnosząc głos. – Podejmij! Jedna z nich da ci odpowiedź na wiele tajemnic, które gnębią twój mózg, zabijając i niszcząc wszystko to co znałeś do tej pory, druga natomiast… druga natomiast nic nie zmieni, nadal będziesz fonią przemierzającą wszechświat… nieśmiertelną nadzieją wypatrującą nieznanego. Co wybierasz?
- Czyli… jeśli wybiorę narodzenie, to zginę…
- Tak i nie. Nikt tego nie wie oprócz mnie, co jest po drugiej stronie. Nie patrz tak, gdziekolwiek jesteś, i tak ci nie powiem.
- Jeśli, nienarodzenie… to będę trwał nadal?
- Tak, lecz także nic więcej nie mogę ci powiedzieć. Podejmij decyzję.
- Wybieram… wybieram…. samobójstwo. Niech się narodzę.
- Dobrze. Pamiętaj, że umieranie trwa. Musisz być cierpliwy. Nic nie staje się od zaraz, wszystko potrzebuje iluzji czasu, żeby się rozwijać i gnić.

czwartek, 28 lipca 2011

Warszawa

 01.08.1944 GODZINA 17.00 
WYBUCH POWSTANIA WARSZAWSKIEGO



Robactwo.
Otacza nas zewsząd gnój i Robactwo. Śmierdzi, rzygać się chce. Brud wraz ze smrodem zostawia, nad całym krajem. To oni. To oni, te ścierwa paskudne. Z padliny wydostają się, tam się mnożą, rozprzestrzeniając się, gryząc nas. Wbijają swe tępe kły w nasze ciała, wysysając krew, pozbawiając nas życia. Odbierając miłości, łzy, szczęście. Odbierając ludzi, obywateli, rodaków. Wszystek niszcząc. Pożerają, puste pojemniki przywołujące wspomnienia zostawiają. Albo zakopują. Dwa metry pod ziemią, ciało na ciele, trup na trupie ścielą, ziemię użyźniają. Człowiekiem, krwią jego, świeżą, co dopiero zdobytą. Grają w kości, ci co przegrali, leżą. Już nie oddychają, tylko śpią. Na zawsze, na wieki, na eony.
Robactwo atakuje. W twarz nam pluje. Zęby swe rzadkie, szkaradne, brudne, poplamione ścierwem podczas uśmiechu, pokazuje.
Zabić!
Lud się sprzeciwił.. Lud przemówił. Za broń chwycił, cywil – żołnierz. Polak.
Siedemnasta wybiła, miasto obudziła. Już czas na pierwszy powstańczy strzał.
A ty patrz, niemiecka glizdo, obślizła kreatura, sukinsynie. Patrz i podziwiaj, bo to Polska, to Polska właśnie. Polska!
Wielu do tej pory próbowało. Wielu myślało, aż myślało, że wygrało. Wszyscy polegli. Zostali zniszczeni, zwyciężeni. My przetrwamy. Zawsze. A ty wrogu – zgnijesz.

Do broni! Walczmy, niszczmy. Brońmy się. Wypędźmy wroga, spędźmy go do piekła, na płonące pastwiska go powiedźmy. Tam żerować będą w milionach ciał, jak przystało na robactwo.
Ciała, ciała, ciała!
Krwi, krwi, krwi.

Do ostatniej kropli krwi, będziemy walczyć. Przelejemy ją. Satysfakcje wam damy, gdy trafiać w nas, naszych braci będziecie, gdy śmiercią ich nafaszerujecie, a później jakby nigdy nic… jakby nigdy nic odejdziecie. Pójdziecie dalej przed siebie, przed się, karmić nas, zaspakajać nasze pragnienie wolności, śmiercią.
Zabijecie, udusicie. Zgwałcicie! Z szaty młode kobiety obedrzecie, jako automaty je zatrudnicie do zaspakajania potrzeb, ludzkich potrzeb winnych grzechów. Śmierci winnych. Stragany orgazmów, jarmarki plemników - nabojów, krzyków, okrzyków, jęków. Plac targowy młodych, martwych i zgwałconych, we łzach opływających. Dziewczęta i młodzieńcy, wszyscy dla Robaków, wszyscy publiczni. Za darmo, dla chwili, dla minuty. Dla gwałtu i dla śmierci. Przyjemności, bez romantycznej historii o miłości.

Kula za kulą. Pocisk za pociskiem.

Pada deszczyk pada,
Łby nam rozwala.
Pada pada pada,
Polak za Polakiem,
Robak za Robakiem.
Krwią nas otula,
Śmierć nas znieczula.

Nie wiem ile jeszcze, jak długo potrwają te dni. Walczyć będziemy. Warszawa wyzwolimy, życie w nią tchniemy. Własne, życie własne poświęcimy, oddamy Bogu. Samego najwyższego Stwórcę poprosimy o wolność, o Polskę. O wiarę na kolejny dzień, spędzony na barykadzie, w kanale. Podziękuję Bogu, ja… ja podziękuję, za kolejny posiłek, w którym więcej piasku i gruzu jest. Będę trwalszy niż pomnik, twardszy niż pocisk. Budujemy, własne ciała i na gruzach miasta Warszawa. Gruzach zrodzonych na ciałach. Podziękuję Bogu za kolejnego konia. Padniętego, jakiego znajdę na ulicy. Nie zabije go. Nie zabijemy go, poczekamy aż sam, on sam padnie przed nami z głodu, z wycieńczenia. Nie zabijemy. Gdy nastąpi jednak moment, a nastąpić musi, musi… gdy padnie, na kamienie upadnie, rzucimy się. Cały batalion, barykada pobiegnie. Mieszkańcy z kryjówek wypełzną, pozdrowią ciepłym słowem i tak jak my, gnani głodem, na ucztę pobiegniemy. Galopem.

Panie Boże, Boże mój kochany,
Robaki zabiły mi mamusie,
Pożarły ją niejednym nabojem,
Tatusia poczęstowali,
Jakimś trującym napojem,
Brata i siostrę mi zabrali,
Na wycieczką pojechali wagonem,
A ja pomiędzy barykadami pędzę,
I ze Śmiercią…

Nie dokończone modlitwy, przerwane słowa, prośby i lamenty. Grubą, niewidoczną i głuchą ciszą, otulone pustką, tak dosadnie zostały wygłoszone. Wykrzyknięte. Bez zrozumienia, zaprzeszłe chwile pozostaną utrwalone. Zapomnieniem się szczycą. Wychwalają.
O mój Boże…Boże…

Jedzie czołg. Jeden, drugi trzeci. Takie duże, takie potężne. Tylko czemu, dlaczego, w jakim celu, w ludzi, pojedyncze osoby celują. Celują i plują. Plują i plują.
…plują.

Samoloty lecą. Hałasują i nad miasto paczki zrzucają. Spadają powoli, dryfując na falach powietrza skażonego, jakby się bały. Chciały uciec od Robactwa naznaczonego swastyką. Uciekły. Tylko niektóre odważyły się, przyleciały – doleciały, na ulicach walczącej Warszawa. Broń, amunicja nas wspomoże. Spadochrony dla kobiet, te mądre piękności, bystre umysły przemierzające ulicy w brudnym ubraniu, włosach potarganych, licach kurzem i piachem przyodzianych, z bronią na dumnej, pięknej piersi, polskiej piersi zawieszonej. One, te nasze anioły, z materiału białego halki, biustonosze i bieliznę stworzą. Wszystko potrzebne. Wszystko z pomocą otwartych umysłów i zdolnych dłoni, dostępne.

Piękna Dziewczyno co raczysz mnie,
Uśmiechem swym, tym kochanym,
Razem ze mną na barykadzie jesteś tu,
Czy dzień czy noc, ostrzał czy cisza,
Jesteś tu, jak ja i On, Ona i On,
Jesteśmy, i Polska jest tu,
Była i będzie żyć. Amen.
Boże ratuj…
…ratuj nas.

Nikt nie słyszy.
Nikt nie widzi.
Płonie miasto płonie. Stołeczne miasto pali się. Świat zaniemógł. Świat zatkał oczy i uszy. Usta też, aby przez przypadek (przypadki stają się) nic a nic, choćby kurz z nad Warszawa nie dotarł, nie przedarł się nad murem z obojętnienia. Nie pozwolimy – krzyknął zachód. Zakrzyknął. Udało się. Udało się! Teatr czas zacząć, przedstawienie trwa.
Polska problemów nie ma.
Polski nie ma.
Robactwa nie ma.

A co kurwa jest?
Śmierć, bracie mój miły, staczający bój, wystrzeliwujący ostatni nabój, ona jest. Istnieje. Pewnego dnia… już za chwilę otuli cię. Mój miły bracie. I siostro.
Kochani Polacy, walczcie. Walczcie! Niech świat usłyszy, wstydem i hańbą się okryje. Polska walczy, i walczyć będzie. Ostatni bój, ostatnia krew popłynie. Niech płynie Wisła purpurą przyodziana, po raz kolejny. Raz kolejny, nie ostatni.
Trafiony, Robak, Robak Robak.

Trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.
Trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.
Trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.

Armia walczy. Cywile walczą. Polska walczy. A wy, zachód, ten niby piękny i potężny świat, nich milczy. Milcz! Wygramy…

Już za chwile, już za jakiś czas,
Nie będzie nas, nie będzie nas.
Już za chwilę, już za jakiś czas,
Pęknie serce me, pęknie serce twe.
Już za chwilę, już za jakiś czas,
Kula przedziurawi nas, przedziurawi nas.
Już za chwilę, już za jakiś czas,
Nie ma nas, nie ma nas…

Czerwoni!
Czerwoni już są! Po drugiej stronie Wisły czekają. Już są!
Serca rosną, Robactwo z większą siłą niszczą. Idą, oni idą. Czerwone stwory, wielkie i paskudne ciągną ku nam, aby ratować nasz piękny, zniszczony, poświęcony krwią kraj. Warszawa. Czerwoni, przeklęte zbawianie już blisko. Widziano ich. Potężna armia na prawym brzegu Wisły, jest, czeka… zatrzymała się?
Chodźcie do nas! Walczymy! Czekamy! No chodźcie! Jeszcze będzie czas na odpoczynek!
No dobra, przyjdźcie jutro. Odpocznijcie po przebytej drodze, a jutro… a jutro wygramy!
Czekaliśmy.
Czekaliśmy cierpliwie, wytrwale, pełni wiary i nadziei. Do dziś czekamy w masowych mogiłach, prywatnych kwaterach, rozsypani pod postacią prochu na rozległych łąkach, pastwiskach i polach, czekamy na jutro.
Obiecaj mi, że gdy ujrzysz Czerwonych kroczących ku nam, obudzisz nas. Przyjdziesz tam, gdzie znajduje się choćby cząstka mnie i innych, mi podobnych, i powiesz, jutro nastało.

Czerwoni w końcu przyjdą nas uwolnić, prawda? Przyjdą nas uwolnić, a nie, jak mówią co poniektórzy, zniewolić? Prawda mamusi?

Jak tam czerwono, wszystko czerwone,
I powietrze, rosa, trawa, chmury, niebo,
I marzenia, miłość, tęcza, księżyc, piekło.
Jak tam czerwono, wszystko kolorowe,
I ja i on i ona i ono, martwe i żywe,
Nawet krew taka czerwona, u nas takiej 
nie ma…
…ale będzie…
…wszystko dostaniemy.

Kapitulacja.
Kapitu…

I świat się o nas dowiedział. Aby słowo dać. Aby zapomnieć.
I jutro nastało. Aby nas żywych zabić. Aby nas martwych zapomnieć.

Kochamy Was, Polsko.